Po pierwszym dniu w pracy jestem zachwycony. Księgarnia położona jest w zabytkowej części miasta, jest niewielka, pracuje tam łącznie 8 osób, w tym ja. Jest jeszcze jedno żywe stworzenie, nie wiem jeszcze, czy również w jakiejś formie zatrudnione, ale na pewno przyciąga klientów:). Atmosfera jest przyjemna, kupujący pojawiają się z różną częstotliwością, bywa tak, że przez dłuższy czas nikogo nie ma i ogólnie nie jest to zbyt wymagająca praca. Płaca adekwatna do wysiłku i poziomu odpowiedzialności. Czas w księgarni leci szybko i przyjemnie na rozmowach z innymi pracownikami i klientami, oglądaniu książek, podczytywaniu książek i rozglądaniu się. Panuje swoboda z jaką nie spotkałem się do tej pory w żadnej pracy. Podobno przysługują jakieś konkretnej długości przerwy ale nikogo to nie interesuje, jak chce się usiąść, to się siada, jak chce się pójść na zaplecze zaparzyć sobie herbatę to się idzie, kto głodny - je. Z szefem można się pośmiać i porozmawiać na tematy wszelakie, szczególnie gdy ma się podobne historyczne zainteresowania. Nikt nikogo nie pogania, nie taksuje znacząco ani nie strofuje. A o całe 70gr na rękę więcej niż w kinie;). Staram się trzymać zasady "nie chwal dnia przed zachodem słońca", ale póki co jestem zachwycony i wyobrażam sobie, z jakim bólem będę się stamtąd zwalniał by robić tę okropną karierę, na myśl o której robi mi się niedobrze.
W księgarni położonej w samym centrum stolicy pojawiają się interesujące postaci. Podobno co najmniej raz w tygodniu przychodzi Roman Giertych. To dopiero atrakcja! Współpracownicy utrzymują, że jest gburowaty:). Dzisiaj też jakaś starsza pani dzwoniła do Stasysa, ciekawe, czy do tego. Proszę się nie dziwić chłopakowi z prowincji, że wznieca się widokiem Stefana Niesiołowskiego, to na pewno po jakimś czasie minie.
Jestem zachwycony pracą wśród książek. To w pewnym sensie urzeczywistnienie moich snów o jaskini wypełnionej uginającymi się od tomów półkami (naprawdę miewam takie sny). Gdy byłem w Oxfordzie, odwiedziłem tamtejszą ogromną, zajmującą trzy sąsiadujące ze sobą budynki księgarnię i doznałem oczopląsu i pomieszania zmysłów z radości. Teraz ma miejsce coś podobnego, choć oczywiście nie na taką skalę. Wracając metrem złapałem się na tym, że w myślach przypominam sobie bezwiednie książki, które dzisiaj oglądałem i to, gdzie która leżała. Chyba jestem lekko autystyczny:).
A zalany promieniami zachodzącego słońca ciąg Krakowskie - Nowy Świat po wyjściu z pracy był cudownie pięknym miejscem. Czułem się (właściwie nadal się czuję) jakby spełniony. Taki spokój i pewność tego, że nie może być źle.
[...] Have to move on...
7 lat temu

Ja, niestety, pracowałem w księgarskim supermarkecie, więc lekko i przyjemnie nie było. Boże, jak ja Ci zazdroszczę...
OdpowiedzUsuńJeżeli się uprze, to również wśród książek można robić karierę. Oczywiście nie taką, jaką robią koledzy z konsultingu, ale przynajmniej ma się poczucie robienia czegoś szlachetnego.
OdpowiedzUsuńPrzestaniesz mi Alex zazdrościć jak mi się skończą za jakieś 10 dni pieniądze na życie:).
OdpowiedzUsuńJedną z rzeczy, które muszę jak najszybciej nadrobić, jest brak wiedzy o rynku pracy. Chciałbym robić coś "szlachetnego" a przy tym nie przymierać z głodu, ale zupełnie nie wiem, co to takiego mogłoby być.
Kiedyś już pisałem, jak zrezygnowałem z przyjęcia do pracy w dziale wciskania kredytów w banku, bo się tym brzydziłem. Tylko co zamiast tego.
Też już kiedyś pisałem, że nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Ale jestem przekonany, że można żyć na przyzwoitym poziomie, robiąc przyzwoite rzeczy.
OdpowiedzUsuńPrzy okazji: wczoraj spontanicznie zmieniłem plany i pod koniec sierpnia będę w Polsce, z tego dwa-trzy dni w Warszawie. Jeśli chcesz się spotkać, to odezwij się na maila.