Kiedy Zwij stał pod owym okazałym tortem radzieckim z pobłyskującą na wierzchołku wisieńką, zebrało mu się na płacz. Było to coś nowego w tym wyjeździe i w ogóle w życiu Zwija od dłuższego czasu, gdyż podchodził do tego wszystkiego z zadziwiającym chłodem, tak mocno kontrastującym z wybuchami gorącej umysłowej namiętności, która nawiedzała go za każdym razem, gdy przed jego oczami majaczyła wizja ucieczki. Teraz jednak, gdy ucieczka się zmaterializowała i została wprowadzona w czyn, Zwij poczuł się zaskoczony brakiem jakichkolwiek płaczów, uniesień czy uderzających fal szczęścia. Tak, szczęścia, gdyż ucieczka ta (wyjątkowo adekwatne słowo), była ukoronowaniem jego wieloletnich starań, w czasie których tyle razy wydawało się, że tuż tuż, za rogiem czeka na niego to, co miał zwyczaj nazywać "dobrym życiem", a co w ostatniej chwili nieodmiennie mu uciekało, tak że począł się do tego przyzwyczajać, do tej nieustannie oddalającej się marchewki. Rezygnacja, która stopniowo go opanowywała okazała się trudnym do eliminacji przeciwnikiem a jej cień położył się na jego uczuciach, pragnieniach i oczekiwaniach. Był przekonany, że moment ten będzie wyjątkowo radosny i poczuł się rozczarowany swoją obojętnością. Pod pałacem na moment się to zmieniło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz