wtorek, 18 sierpnia 2009

Różnice

Życie nabiera przyspieszenia. Od 11 do 19 w księgarni, następnie na basen i na koniec książka pożyczona z pracy. Tak mija dzień. Po dwóch tygodniach spotkań z ludźmi poznanymi via fellow mam dosyć. To zdecydowanie nie jest miejsce do zapoznawania się. Czy tym razem w końcu dotrze to do mnie na dobre?
Dostałem dzisiaj uczelniany "zestaw powitalny". Jestem zachwycony. Okazuje się, że niemal połowę przedmiotów na studiach będę mógł wybrać sobie sam z około dwustu możliwości. Pobieżne przejrzenie listy dostępnych opcji napawa mnie entuzjazmem. Jeszcze bardziej zachęca mnie to, co od czasu do czasu słyszę od osób, które dowiadują się, że rozpoczynam te właśnie studia; podobno są trudne. Jednym z celów, jakie wyznaczyłem sobie na okres magisterski, jest w miarę porządne poznanie się na konkretnej dziedzinie wiedzy. Zawsze pragnąłem być ekspertem od czegoś, na czymś znać się bardzo dobrze. Kiedyś była to geografia, rozmyło się to jednak z biegiem lat i brakiem głębszego, systematycznego z nią kontaktu. Chciałbym się czegoś nauczyć i wiele wskazuje na to, że tutaj mam na to spore szanse. Z drugiej strony obawiam się, że moje niby-studia licencjackie nie nauczyły mnie porządnej pracy. Nadzieję pokładam w mojej umiejętności adaptacji do zastanych warunków.
Wczorajsze spotkanie z kolejnym chłopakiem utwierdziło mnie w przekonaniu o moim zapóźnieniu na polu zawodowym. Obserwuję przepaść pomiędzy tym, czym zajmują się osoby w wieku studenckim w Warszawie i we Wrocławiu. Po raz pierwszy poczułem się dziwnie stojąc dwa tygodnie temu w kolejce do składania dokumentów w dziekania. Słuchałem uważnie rozmów moich rówieśników. Dwie dziewczynki narzekały na restrukturyzację w banku, tak jakby umęczone pracowały tam już z 10 lat, poirytowane kolejnymi zmianami. Chłopcy bez wyjątku w różowych koszulach bądź w prążki i inne wzorki, jakby zaraz mieli biec do kancelarii co najmniej. I ja pomiędzy nimi w niewyprasowanym t-shircie. Trochę mnie to przeraża.
Wczorajszemu rozmówcy usta się nie zamykały. Słuchałem z uwagą potakując głową i dopytując się o coś co jakiś czas. Po 4. roku, na stażu w kancelarii, studiuje na mish-u, zna biegle 3 języki, ciągle gdzieś wyjeżdża. Cały czas mówił coś o "projektach", co brzmiało dla mnie tak nienaturalnie, że w końcu zapytałem się, co przez to rozumie. Zaczął opowiadać o rzeczach, o których we Wrocławiu mi się nie śniło, a zawsze miałem siebie za kogoś, kto jest jakoś do przodu. Okazał nieco dystansu do siebie mówiąc "my tu w Warszawie jesteśmy popieprzeni". Zabrał mnie w miejsce, gdzie piwo kosztowało 10zł. Z bólem serca spowodowanym świadomością, że to trzy breje kurczakowo-ryżowe, zakupiłem co trzeba było zakupić. Po jakimś czasie od jego karabinowej paplaniny rozbolała mnie głowa, więc się pożegnałem. Co usłyszałem, to moje.
Dzisiaj przejmowało mnie ciekawe uczucie: cieszyłem się tym, że będę mógł się naukowo rozwijać, a przy tym przenikała mnie niechęć do spotkań towarzyskich i kontaktów z ludźmi. Myślałem, że mógłbym być w pełni zadowolony realizując się w pracy bądź nauce, schnąc latami uczuciowo. Wiązanie się z innymi ludźmi i emocjonalne zaangażowanie to same problemy. To jednak pewnie tylko chwilowy nastrój.
Wracam do Bernharda.

2 komentarze:

  1. Co dopiero ja mam powiedzieć, mając 6 lat więcej, a jeszcze mniej w CV? Strach przed kontaktami z ludźmi nabiera u mnie ostatnio dodatkowego podtekstu...
    A co Bernharda czytasz?...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Zaburzenie". Kolejny plus pracy w księgarni: dostęp do nowości.

    OdpowiedzUsuń