sobota, 15 sierpnia 2009

Naprawdę tu jestem

Zaraz po obudzeniu się pobiegłem zobaczyć wydrukowane i wywieszone na głównych drzwiach uczelni wyniki rekrutacji. Niby wiedziałem już od miesiąca, że się dostałem, ale produkowałem w tym czasie w sobie lęki typu "a jeśli pomylili mnie z kimś innym", albo "może źle wypełniłem papiery", więc dopiero teraz, widząc czarnym tuszem na białej kartce wydrukowane wyniki mogłem być pewny tego, że jestem studentem tej zmitologizowanej przez moją wyobraźnię uczelni. Usiadłem na schodach pod głównym budynkiem i przyglądałem się przechodniom. To, że tu jestem i tak najnormalniej w świecie, jak gdyby nigdy nic chodzę do sklepu po bułki i jeżdżę metrem, to że mam tu nawet jakąś pracę, wszystko to wydało mi się szalone i nieprawdopodobne. Jak to jest w ogóle możliwe, że w jednym momencie człowiek jest w stanie depresji a niedługo później pojawia się w nim radość. I jak te dwa stany mają się do siebie, jak mogą istnieć obok siebie następując jeden po drugim, i gdy się jest pod panowaniem jednego, tak trudno sobie wyobrazić, że można się znaleźć w tym drugim. Często w ogóle nie bierze się tego pod uwagę. Każdy mój następny krok wprowadza mnie w coś, w co coraz trudniej uwierzyć. Im jesteś dalej od czegoś, co określę ogólnie "domem", tym większe pojawia się uczucie niemożliwości i absurdu. A jest to po prostu absurd rzeczywistości, w której jest się tym głębiej zanurzonym i tym intensywniej się ją odczuwa, im dalej od bezpiecznego grajdołu się jest. To jeden z tych momentów, gdy dociera do człowieka to, że bajki nie są tylko bajkami, lecz że za pomocą literackich środków przekazują wiedzę o ludzkim doświadczeniu. Życie to bajka odarta z alegorii.
Żeby zejść z tych wysublimowanych dywagacji napiszę o tym, że zrobiłem sobie dzisiaj po raz pierwszy obiad. Wyjątkowo tani, wymyślony w ciągu ostatnich dni. Było to trudne logistycznie zadanie, w czasie wykonywania którego co i rusz okazywało się, że czegoś mi brakuje. Np. nie wpadłem wcześniej na to, że żeby zapalić gaz, trzeba mieć zapałki bądź zapalniczkę. W związku z tym, musiałem jakoś zdobyć ogień. Początkowo zdawało się to trudne z uwagi na to, że akademik jest ogólnie pusty w wakacje i rzadko można kogoś spotkać na korytarzy czy w kuchni a do tego mamy w końcu święto i wszystkie sklepy są pozamykane. Jakoś sobie z tym poradziłem. Niestety nie poradziłem sobie z brudnymi naczyniami, gdyż nie posiadam płynu do mycia naczyń ani jakiejkolwiek ścierki. Jutro się kupi. Obiad składał się ryżu w woreczku, piersi z kurczaka kupionej w tesco i gotowanej w rosołku knorra oraz z pomidora, który był namiastką sałatki. Ze zmieszana kurczaka z ryżem powstała sycąca breja. Wszystko razem nie kosztowało więcej jak 3 złote. W sam raz jak na moją kieszeń. Muszę wymyśleć jakiś inny zestaw obiadowy, bo ten w końcu mi się znudzi. Właściwie to muszę nauczyć się gotować:).
Skorzystałem z pięknej pogody i udałem się do centrum zobaczyć, jak się obchodzi w stolicy święto maryjne a przy tym wojska polskiego. Na domach powywieszane flagi, we Wrocławiu zdarza się to tylko na 3 Maja. Powiewały nawet na autobusach. Na placu Teatralnym zbiorowe śpiewy patriotyczne, "My, pierwsza brygada" przede wszystkim. Głównie emeryci, ale nie tylko. Pełno turystów, w ścisłym centrum historycznym trudno było się poruszać. Zwiedziłem Nowe Miasto, Park Traugutta i Żoliborz. Myślałem, że na Cytadelę da sie bez problemu wejść, w końcu na planie pokazane, że wewnątrz są normalne ulice, budynki. Okazało się jednak, że to takie wojskowe miasto w mieście. Stacja metra Plac Wilsona rzeczywiście bardzo ciekawa, zauważyłem tam jedyny otwarty sklep typu kioskowego.
Tak mi minął dzień.

1 komentarz:

  1. Miałem bardzo zbliżone uczucia, gdy przyjechałem zamieszkać i studiować w Warszawie.

    OdpowiedzUsuń