Skoro nic nie piszę, to może chociaż zacytuję fragment z maila do kolegi. Opisana sytuacja jest dla mnie tak typowa. Chciałbym kiedyś wiedzieć, jaki dawniej byłem. Pomimo biedoty tego opisu, zamieszczam go, gdyż jest to doprawdy symptomatyczne.
„W moim akademiku nie jest jakoś specjalnie luksusowo;). Ale mam własny zlew! do którego mogę sikać, więc nie jestem zmuszony łazić do wspólnego, jednego na piętro kibla.
U mnie to nic ciekawego w sumie. Mam od kilku dni fazę na depresję, więc się umartwiam i cierpię. Ale nie mam zamiaru zamęczać tym ciebie. Generalnie nie robię niczego konstruktywnego. Dzisiaj w pracy przez kilka godzin koncypowałem w myślach hipotetyczną sytuację, że mam 19 lat, jestem heteroseksualny, kończę romanistykę i sm, wyjeżdżam do wawy, poznaję tam kobietę o urodzie agnieszki osieckiej i razem wyjeżdżamy do paryża, gdzie robię doktorat na HECu. A później, akurat jak jesteśmy razem na post-doctoral studies w Nowym Jorku, ona zachodzi w ciążę, wracamy do Francji, ona jest tłumaczem a ja robię karierę naukową, mamy dzieci, pokazujemy je rodzicom, rodzice się cieszą, my się cieszymy, prezydent Sarkozy osobiście gratuluje nam tego, że jesteśmy tacy wspaniali i idealni. Moja wizja za każdym razem (bo analizowałem tę hipotetyczną styuację kilka razy od nowa za każdym razem coś ulepszając) docierała do momentu, gdy mamy po 30 parę lat, dwójkę dzieci, piękny dom, psa itp. Co mnie jakby dołowało, bo gdzie czas na podróże po Azji Południowo - Wschodniej? Jestem porypany.”
Tymczasem jestem 23 letnim gejem, który zwiał z domu, bo już nie był w stanie znieść wspólnego rodzinnego życia. Przed wyjazdem bardzo dokładnie wyobrażał sobie ten pobyt w nowym miejscu, wyobrażał go sobie całkiem tak, jak dzisiaj te wycackane życie z kobietą. Nie ma za bardzo za co żyć (stan na dziś: 25zł w portfelu, musi starczyć do końca miesiąca), a jedyną rzeczą jaka go ostatnio cieszy, są wizyty na basenie. Obserwuje jak pieprzy mu się zdrowie a on nie może z tym nic zrobić i nie wie, kiedy będzie mógł. Wstaje późno, wychodzi do pracy, w której się przede wszystkim nudzi i przysłuchuję się plotom współpracowników. Nawiedzają go gorzkie refleksje. Po pracy idzie na basen – i to jest dobry dzień, albo wraca prosto do akademika, gdzie nie ma na nic ochoty. Nie ma ochoty czytać książki, nie ma ochoty się z nikim widzieć. Ociąga się ze zrobieniem prania do tego stopnia, że musi założyć następnego dnia te same skarpetki co wczoraj, co jest obrzydliwym symbolem degrengolady. Potrafi leżeć wieczorem patrząc się w sufit oświetlony nieprzyjemnym zimnym światłem taniej świetlówki lub wodząc wzrokiem za ćmą, która bije się z szybą jego okna, od której odbija się ponure światło, co sprawia, że całe otoczenie przypomina mu szpital. Co wieczór scenie tej towarzyszy dudniąca muzyka dobiegająca z innych części budynku. Słyszy ją i rozmyśla o tym, dlaczego jest taki antyspołeczny. I o tym, że najchętniej zapomniałby o tych 4 latach, które minęły od czasu, gdy skończył liceum.
Czasem się z kimś zobaczy, ale zupełnie nie potrafi przejąć się drugim człowiekiem. Prócz kilku osób, które rozjechały się po świecie, nieszczególnie interesuje się ludźmi. Jest pełen kompleksów, które nauczył się pokrywać na sto przemyślnych sposobów. Odnosi wrażenie, że z jego inteligencji nie wynika nic pozytywnego.
Zupełnie nie wierzy, że mógłby być zdolny kogoś pokochać.
[...] Have to move on...
7 lat temu

Podpisuję się pod tą refleksyjną wizją. Ja coprawda nie mieszkam w akademiku tylko wynajmuję mieszkanie, zasadniczo to pokój. Udaję że jest we mnie móstwo entuzjazmu a wieczorem zatracam się w smutku. Nie lubię basenów i nie pracuję- jestem socjopatą. Blech ! Nienawidzę swojego życia, a miało być inaczej.
OdpowiedzUsuńN.
brzmi, jakbyś się nabijał...
OdpowiedzUsuńOznacza to, że źle odczytałeś mój komentarz jeżeli tak uważasz...
OdpowiedzUsuń