Zadziwiające, ile radości mogą dać proste rzeczy. Przypomniałem sobie rano, że wziąłem ze sobą do Warszawy tzw. fiszki do nauki angielskiego, czyli takie karteczki, na których jednej stronie jest słowo bądź zwrot po polsku a na drugiej po angielsku. Bardzo jest to nieskomplikowane a przy tym świetnie koresponduje z moimi autystycznymi skłonnościami i wieczną ciekawością rzadkich słów. Dlatego też cieszę się jak głupi wyciągając karteczkę ze słowem, dajmy na to, „szczypiorek”, by dowiedzieć się, że w języku angielskim określa się go mianem „chives”. Albo „szpak” – „starling”. Ileż radości! Zajęcie w sam raz na czas jazdy metrem. Najfajniejszy w korzystaniu z fiszek jest moment losowania – gdy z 1500 papierków trzeba wyciągnąć 20 albo 30 kolejnych. I nigdy nie wiadomo co to będzie. Jakbym znów miał 10 lat.
Martwi mnie tylko to, że to 4. poziom fiszek, większość z tych słów znam, a 5. poziomu jeszcze nie wydano…
[...] Have to move on...
7 lat temu

Też chciałbym mieć takie zmartwienie! ;)
OdpowiedzUsuńKolejny przyklad wplywu autorow blogow na zachowania konsumenckie ich czytelnikow: w ostatniej chwili przed wylotem kupilem fiszki z 5 poziomu i teraz juz wiem, ze "systematycznie malteretowac" to "systematisch misshandeln".
OdpowiedzUsuńjuż mi o tym Caviardage doniósł:)
OdpowiedzUsuńskoro jest 5. poziom niemieckiego to może jest i 5. poziom angielskiego? przywróciłeś mi nadzieję;)
Wypisz, wymaluj - moje zajęcie podczas jazdy metrem. Angielskie fiszki już przerobiłem, teraz wałkuję 2. poziom niemieckiego...
OdpowiedzUsuńMartwię się nieco tym Twoim milczeniem - tu na blogu, także brakiem odpowiedzi na listy, wycofywaniem się z kolejnych miejsc. Wciąż tłumaczę to sobie brakiem u Ciebie czasu i sił, innymi, ciekawszymi zajęciami - oby tak rzeczywiście było. I żeby Ci się wszystko udawało.
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, jeśli ciągle się narzucam, ale tak to jest, jak kogoś szczerze lubię...