niedziela, 30 sierpnia 2009

Fiszki

Zadziwiające, ile radości mogą dać proste rzeczy. Przypomniałem sobie rano, że wziąłem ze sobą do Warszawy tzw. fiszki do nauki angielskiego, czyli takie karteczki, na których jednej stronie jest słowo bądź zwrot po polsku a na drugiej po angielsku. Bardzo jest to nieskomplikowane a przy tym świetnie koresponduje z moimi autystycznymi skłonnościami i wieczną ciekawością rzadkich słów. Dlatego też cieszę się jak głupi wyciągając karteczkę ze słowem, dajmy na to, „szczypiorek”, by dowiedzieć się, że w języku angielskim określa się go mianem „chives”. Albo „szpak” – „starling”. Ileż radości! Zajęcie w sam raz na czas jazdy metrem. Najfajniejszy w korzystaniu z fiszek jest moment losowania – gdy z 1500 papierków trzeba wyciągnąć 20 albo 30 kolejnych. I nigdy nie wiadomo co to będzie. Jakbym znów miał 10 lat.
Martwi mnie tylko to, że to 4. poziom fiszek, większość z tych słów znam, a 5. poziomu jeszcze nie wydano…

środa, 26 sierpnia 2009

Kontrast

Skoro nic nie piszę, to może chociaż zacytuję fragment z maila do kolegi. Opisana sytuacja jest dla mnie tak typowa. Chciałbym kiedyś wiedzieć, jaki dawniej byłem. Pomimo biedoty tego opisu, zamieszczam go, gdyż jest to doprawdy symptomatyczne.
„W moim akademiku nie jest jakoś specjalnie luksusowo;). Ale mam własny zlew! do którego mogę sikać, więc nie jestem zmuszony łazić do wspólnego, jednego na piętro kibla.
U mnie to nic ciekawego w sumie. Mam od kilku dni fazę na depresję, więc się umartwiam i cierpię. Ale nie mam zamiaru zamęczać tym ciebie. Generalnie nie robię niczego konstruktywnego. Dzisiaj w pracy przez kilka godzin koncypowałem w myślach hipotetyczną sytuację, że mam 19 lat, jestem heteroseksualny, kończę romanistykę i sm, wyjeżdżam do wawy, poznaję tam kobietę o urodzie agnieszki osieckiej i razem wyjeżdżamy do paryża, gdzie robię doktorat na HECu. A później, akurat jak jesteśmy razem na post-doctoral studies w Nowym Jorku, ona zachodzi w ciążę, wracamy do Francji, ona jest tłumaczem a ja robię karierę naukową, mamy dzieci, pokazujemy je rodzicom, rodzice się cieszą, my się cieszymy, prezydent Sarkozy osobiście gratuluje nam tego, że jesteśmy tacy wspaniali i idealni. Moja wizja za każdym razem (bo analizowałem tę hipotetyczną styuację kilka razy od nowa za każdym razem coś ulepszając) docierała do momentu, gdy mamy po 30 parę lat, dwójkę dzieci, piękny dom, psa itp. Co mnie jakby dołowało, bo gdzie czas na podróże po Azji Południowo - Wschodniej? Jestem porypany.”
Tymczasem jestem 23 letnim gejem, który zwiał z domu, bo już nie był w stanie znieść wspólnego rodzinnego życia. Przed wyjazdem bardzo dokładnie wyobrażał sobie ten pobyt w nowym miejscu, wyobrażał go sobie całkiem tak, jak dzisiaj te wycackane życie z kobietą. Nie ma za bardzo za co żyć (stan na dziś: 25zł w portfelu, musi starczyć do końca miesiąca), a jedyną rzeczą jaka go ostatnio cieszy, są wizyty na basenie. Obserwuje jak pieprzy mu się zdrowie a on nie może z tym nic zrobić i nie wie, kiedy będzie mógł. Wstaje późno, wychodzi do pracy, w której się przede wszystkim nudzi i przysłuchuję się plotom współpracowników. Nawiedzają go gorzkie refleksje. Po pracy idzie na basen – i to jest dobry dzień, albo wraca prosto do akademika, gdzie nie ma na nic ochoty. Nie ma ochoty czytać książki, nie ma ochoty się z nikim widzieć. Ociąga się ze zrobieniem prania do tego stopnia, że musi założyć następnego dnia te same skarpetki co wczoraj, co jest obrzydliwym symbolem degrengolady. Potrafi leżeć wieczorem patrząc się w sufit oświetlony nieprzyjemnym zimnym światłem taniej świetlówki lub wodząc wzrokiem za ćmą, która bije się z szybą jego okna, od której odbija się ponure światło, co sprawia, że całe otoczenie przypomina mu szpital. Co wieczór scenie tej towarzyszy dudniąca muzyka dobiegająca z innych części budynku. Słyszy ją i rozmyśla o tym, dlaczego jest taki antyspołeczny. I o tym, że najchętniej zapomniałby o tych 4 latach, które minęły od czasu, gdy skończył liceum.
Czasem się z kimś zobaczy, ale zupełnie nie potrafi przejąć się drugim człowiekiem. Prócz kilku osób, które rozjechały się po świecie, nieszczególnie interesuje się ludźmi. Jest pełen kompleksów, które nauczył się pokrywać na sto przemyślnych sposobów. Odnosi wrażenie, że z jego inteligencji nie wynika nic pozytywnego.
Zupełnie nie wierzy, że mógłby być zdolny kogoś pokochać.

sobota, 22 sierpnia 2009

Urodziny

Moje 23. urodziny mijają mi w pracy. Możliwe, że zapomniałbym o nich, gdyby nie dzwoniącą z życzeniami matka: "życzę ci, żeby cię nikt tam nie zniszczył, pamiętaj, uważaj, nie ufaj i ćwicz kręgosłup". W tej poetyce cała litania leków. Cały jestem zbudowany na rzeczach negatywnych, zawsze wbrew czemuś. I ciągle walczący z przeciwnościami losu. Dobrze, że dość wcześnie zacząłem się sprzeciwiać tej propagandzie zagrożenia, dzięki temu została we mnie jakaś chęć pozytywnej afirmacji życia. Zresztą, kto zniósłby wieloletnie, codzienne, trwające często godzinami pranie mózgu, polegające na konieczności słuchania jej wywodów. Ucieka się do innego pokoju, a ona za tobą. Żadnego dystansu, zaburzone role, w końcu ucieczka, w tak wielu postaciach. Terroryzm miłości.
Mówię, że jestem w pracy i kończę wysłuchiwać. Zaraz tłumaczę się współpracownikom z rozmowy: "a, bo ja mam dzisiaj urodziny" i zaraz tego żałuję. Teraz jestem w centrum uwagi i wszyscy mają problem. Nie wiedzieć czemu każdy czuje się do czegoś zobowiązany tylko dlatego, że urodziłem się dokładnie 23 lata temu. "Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś? Teraz już tak późno!", bo za 20 minut kończymy pracę. Dlaczego miałbym w ogóle mówić? I dlaczego powiedziałem? Ah, mogłem wcześniej pomyśleć, mogłem nic nie mówić, zaczynam się pocić. Ta, która jest tu najbardziej poważna i odmawia mówienia szefowi po imieniu, zawsze trzyma dystans, zamyśla się, coś chce mi powiedzieć, zaczyna ale waha się, pyta się czy kogoś tu znam, odpowiadam, że właściwie nie, więc ona: "mam nadzieję, że to nie będzie źle zrozumiane, że tego jakoś nie nadinterpretujesz..." źle się to zaczyna "ale w sumie mogłabym się z tobą zobaczyć tak na pół godziny, godzinę...", teraz już cały jestem czerwony. Z tego idiotycznego powodu czysto symbolicznej daty ona chce wyjść poza swoją zwyczajową rolę, a właściwie nie chce, tylko czuje się zobowiązana. Mało brakuje, ażeby się na mnie za te urodziny zezłościła, widzę, jaka niechętna jest swojemu pomysłowi. Lawiruję i jakoś zmieniam to na odprowadzenie po pracy i pokazanie mi ciekawego miejsca, taki, powiedzmy, prezent. Ale nadal doskonale wiem, że ona żałuje, że mi to zaproponowała, więc zmyślam, że mi się przypomniało, że dzisiaj w Zamku Ujazdowskim leci Obywatel Kane, a ja zawsze chciałem zobaczyć, więc przepraszam, ale nie mam chyba czasu na spacery. Ulga maluje się na jej twarzy. I rozchodzimy się każde w swoją stronę, ona uchroniła swój dystans, ja zaś nie byłem zmuszony zmuszać jej do czegokolwiek.
Tydzień temu usuwam z facebooka datę moich urodzin, żeby przypadkiem nie dowiedział się o nich ktoś, kto na co dzień o nich nie pamięta. Dzięki temu unikam zwyczajowych życzeń i nikt nie musi się głowić ani wysilać. Ani zastanawiać się nad tym, czy powinien mi coś napisać, czy nie i o czym by to mogło świadczyć.
A może ja po prostu przekładam moje przewrażliwienie na punkcie innych ludzi na nich samych i przez to istnieje we mnie podświadome przekonanie o tym, że i oni tak wszystko rozważają i są tacy wrażliwi?
Wczoraj ze zmęczenia zasypiam o 22 z książką w ręku. Śpię dwanaście godzin. Zaraz po obudzeniu się włączam komputer. Nie wiem kiedy to się stało, ale od dłuższego czasu nie potrafię zacząć dnia bez uruchomienia tego płaskiego pudła. Stopniowo dociera do mnie, że to uzależnienie i jedna z form zagłuszenia braku bliskości. To już ponad rok zagłębiania się w samotności, powolne opadanie na dno w muliste osady oziębłości i skostnienia.
Tak więc wolny dzień przede mną. Co z nim zrobię? W nowym mieście, w nowym miejscu, z krótkimi włosami (stare, długie włosy zostały ścięte w imię pozbywania się przeszłości).
Pomimo odtańczonego rytualnego tańca nic się nie zmieniło, choć poczuć można tlące się nadzieje.

wtorek, 18 sierpnia 2009

hm

Gdy czytam każdą kolejną notkę na nowym blogu, jestem zasmucony moim ubóstwem językowym. Czy wystarczy nie pisać przez 4 miesiące, żeby tak się cofnąć? Moje ulubione w kółko powtarzane słowa to: zachwycony, pięknie, fajnie. Prócz tego próba ufajniania bloga to zdecydowanie zły trop. Czas popastwić się nad sobą. Z tym akurat nie powinienem mieć problemu.

Różnice

Życie nabiera przyspieszenia. Od 11 do 19 w księgarni, następnie na basen i na koniec książka pożyczona z pracy. Tak mija dzień. Po dwóch tygodniach spotkań z ludźmi poznanymi via fellow mam dosyć. To zdecydowanie nie jest miejsce do zapoznawania się. Czy tym razem w końcu dotrze to do mnie na dobre?
Dostałem dzisiaj uczelniany "zestaw powitalny". Jestem zachwycony. Okazuje się, że niemal połowę przedmiotów na studiach będę mógł wybrać sobie sam z około dwustu możliwości. Pobieżne przejrzenie listy dostępnych opcji napawa mnie entuzjazmem. Jeszcze bardziej zachęca mnie to, co od czasu do czasu słyszę od osób, które dowiadują się, że rozpoczynam te właśnie studia; podobno są trudne. Jednym z celów, jakie wyznaczyłem sobie na okres magisterski, jest w miarę porządne poznanie się na konkretnej dziedzinie wiedzy. Zawsze pragnąłem być ekspertem od czegoś, na czymś znać się bardzo dobrze. Kiedyś była to geografia, rozmyło się to jednak z biegiem lat i brakiem głębszego, systematycznego z nią kontaktu. Chciałbym się czegoś nauczyć i wiele wskazuje na to, że tutaj mam na to spore szanse. Z drugiej strony obawiam się, że moje niby-studia licencjackie nie nauczyły mnie porządnej pracy. Nadzieję pokładam w mojej umiejętności adaptacji do zastanych warunków.
Wczorajsze spotkanie z kolejnym chłopakiem utwierdziło mnie w przekonaniu o moim zapóźnieniu na polu zawodowym. Obserwuję przepaść pomiędzy tym, czym zajmują się osoby w wieku studenckim w Warszawie i we Wrocławiu. Po raz pierwszy poczułem się dziwnie stojąc dwa tygodnie temu w kolejce do składania dokumentów w dziekania. Słuchałem uważnie rozmów moich rówieśników. Dwie dziewczynki narzekały na restrukturyzację w banku, tak jakby umęczone pracowały tam już z 10 lat, poirytowane kolejnymi zmianami. Chłopcy bez wyjątku w różowych koszulach bądź w prążki i inne wzorki, jakby zaraz mieli biec do kancelarii co najmniej. I ja pomiędzy nimi w niewyprasowanym t-shircie. Trochę mnie to przeraża.
Wczorajszemu rozmówcy usta się nie zamykały. Słuchałem z uwagą potakując głową i dopytując się o coś co jakiś czas. Po 4. roku, na stażu w kancelarii, studiuje na mish-u, zna biegle 3 języki, ciągle gdzieś wyjeżdża. Cały czas mówił coś o "projektach", co brzmiało dla mnie tak nienaturalnie, że w końcu zapytałem się, co przez to rozumie. Zaczął opowiadać o rzeczach, o których we Wrocławiu mi się nie śniło, a zawsze miałem siebie za kogoś, kto jest jakoś do przodu. Okazał nieco dystansu do siebie mówiąc "my tu w Warszawie jesteśmy popieprzeni". Zabrał mnie w miejsce, gdzie piwo kosztowało 10zł. Z bólem serca spowodowanym świadomością, że to trzy breje kurczakowo-ryżowe, zakupiłem co trzeba było zakupić. Po jakimś czasie od jego karabinowej paplaniny rozbolała mnie głowa, więc się pożegnałem. Co usłyszałem, to moje.
Dzisiaj przejmowało mnie ciekawe uczucie: cieszyłem się tym, że będę mógł się naukowo rozwijać, a przy tym przenikała mnie niechęć do spotkań towarzyskich i kontaktów z ludźmi. Myślałem, że mógłbym być w pełni zadowolony realizując się w pracy bądź nauce, schnąc latami uczuciowo. Wiązanie się z innymi ludźmi i emocjonalne zaangażowanie to same problemy. To jednak pewnie tylko chwilowy nastrój.
Wracam do Bernharda.

sobota, 15 sierpnia 2009

Naprawdę tu jestem

Zaraz po obudzeniu się pobiegłem zobaczyć wydrukowane i wywieszone na głównych drzwiach uczelni wyniki rekrutacji. Niby wiedziałem już od miesiąca, że się dostałem, ale produkowałem w tym czasie w sobie lęki typu "a jeśli pomylili mnie z kimś innym", albo "może źle wypełniłem papiery", więc dopiero teraz, widząc czarnym tuszem na białej kartce wydrukowane wyniki mogłem być pewny tego, że jestem studentem tej zmitologizowanej przez moją wyobraźnię uczelni. Usiadłem na schodach pod głównym budynkiem i przyglądałem się przechodniom. To, że tu jestem i tak najnormalniej w świecie, jak gdyby nigdy nic chodzę do sklepu po bułki i jeżdżę metrem, to że mam tu nawet jakąś pracę, wszystko to wydało mi się szalone i nieprawdopodobne. Jak to jest w ogóle możliwe, że w jednym momencie człowiek jest w stanie depresji a niedługo później pojawia się w nim radość. I jak te dwa stany mają się do siebie, jak mogą istnieć obok siebie następując jeden po drugim, i gdy się jest pod panowaniem jednego, tak trudno sobie wyobrazić, że można się znaleźć w tym drugim. Często w ogóle nie bierze się tego pod uwagę. Każdy mój następny krok wprowadza mnie w coś, w co coraz trudniej uwierzyć. Im jesteś dalej od czegoś, co określę ogólnie "domem", tym większe pojawia się uczucie niemożliwości i absurdu. A jest to po prostu absurd rzeczywistości, w której jest się tym głębiej zanurzonym i tym intensywniej się ją odczuwa, im dalej od bezpiecznego grajdołu się jest. To jeden z tych momentów, gdy dociera do człowieka to, że bajki nie są tylko bajkami, lecz że za pomocą literackich środków przekazują wiedzę o ludzkim doświadczeniu. Życie to bajka odarta z alegorii.
Żeby zejść z tych wysublimowanych dywagacji napiszę o tym, że zrobiłem sobie dzisiaj po raz pierwszy obiad. Wyjątkowo tani, wymyślony w ciągu ostatnich dni. Było to trudne logistycznie zadanie, w czasie wykonywania którego co i rusz okazywało się, że czegoś mi brakuje. Np. nie wpadłem wcześniej na to, że żeby zapalić gaz, trzeba mieć zapałki bądź zapalniczkę. W związku z tym, musiałem jakoś zdobyć ogień. Początkowo zdawało się to trudne z uwagi na to, że akademik jest ogólnie pusty w wakacje i rzadko można kogoś spotkać na korytarzy czy w kuchni a do tego mamy w końcu święto i wszystkie sklepy są pozamykane. Jakoś sobie z tym poradziłem. Niestety nie poradziłem sobie z brudnymi naczyniami, gdyż nie posiadam płynu do mycia naczyń ani jakiejkolwiek ścierki. Jutro się kupi. Obiad składał się ryżu w woreczku, piersi z kurczaka kupionej w tesco i gotowanej w rosołku knorra oraz z pomidora, który był namiastką sałatki. Ze zmieszana kurczaka z ryżem powstała sycąca breja. Wszystko razem nie kosztowało więcej jak 3 złote. W sam raz jak na moją kieszeń. Muszę wymyśleć jakiś inny zestaw obiadowy, bo ten w końcu mi się znudzi. Właściwie to muszę nauczyć się gotować:).
Skorzystałem z pięknej pogody i udałem się do centrum zobaczyć, jak się obchodzi w stolicy święto maryjne a przy tym wojska polskiego. Na domach powywieszane flagi, we Wrocławiu zdarza się to tylko na 3 Maja. Powiewały nawet na autobusach. Na placu Teatralnym zbiorowe śpiewy patriotyczne, "My, pierwsza brygada" przede wszystkim. Głównie emeryci, ale nie tylko. Pełno turystów, w ścisłym centrum historycznym trudno było się poruszać. Zwiedziłem Nowe Miasto, Park Traugutta i Żoliborz. Myślałem, że na Cytadelę da sie bez problemu wejść, w końcu na planie pokazane, że wewnątrz są normalne ulice, budynki. Okazało się jednak, że to takie wojskowe miasto w mieście. Stacja metra Plac Wilsona rzeczywiście bardzo ciekawa, zauważyłem tam jedyny otwarty sklep typu kioskowego.
Tak mi minął dzień.

piątek, 14 sierpnia 2009

W księgarni

Po pierwszym dniu w pracy jestem zachwycony. Księgarnia położona jest w zabytkowej części miasta, jest niewielka, pracuje tam łącznie 8 osób, w tym ja. Jest jeszcze jedno żywe stworzenie, nie wiem jeszcze, czy również w jakiejś formie zatrudnione, ale na pewno przyciąga klientów:). Atmosfera jest przyjemna, kupujący pojawiają się z różną częstotliwością, bywa tak, że przez dłuższy czas nikogo nie ma i ogólnie nie jest to zbyt wymagająca praca. Płaca adekwatna do wysiłku i poziomu odpowiedzialności. Czas w księgarni leci szybko i przyjemnie na rozmowach z innymi pracownikami i klientami, oglądaniu książek, podczytywaniu książek i rozglądaniu się. Panuje swoboda z jaką nie spotkałem się do tej pory w żadnej pracy. Podobno przysługują jakieś konkretnej długości przerwy ale nikogo to nie interesuje, jak chce się usiąść, to się siada, jak chce się pójść na zaplecze zaparzyć sobie herbatę to się idzie, kto głodny - je. Z szefem można się pośmiać i porozmawiać na tematy wszelakie, szczególnie gdy ma się podobne historyczne zainteresowania. Nikt nikogo nie pogania, nie taksuje znacząco ani nie strofuje. A o całe 70gr na rękę więcej niż w kinie;). Staram się trzymać zasady "nie chwal dnia przed zachodem słońca", ale póki co jestem zachwycony i wyobrażam sobie, z jakim bólem będę się stamtąd zwalniał by robić tę okropną karierę, na myśl o której robi mi się niedobrze.
W księgarni położonej w samym centrum stolicy pojawiają się interesujące postaci. Podobno co najmniej raz w tygodniu przychodzi Roman Giertych. To dopiero atrakcja! Współpracownicy utrzymują, że jest gburowaty:). Dzisiaj też jakaś starsza pani dzwoniła do Stasysa, ciekawe, czy do tego. Proszę się nie dziwić chłopakowi z prowincji, że wznieca się widokiem Stefana Niesiołowskiego, to na pewno po jakimś czasie minie.
Jestem zachwycony pracą wśród książek. To w pewnym sensie urzeczywistnienie moich snów o jaskini wypełnionej uginającymi się od tomów półkami (naprawdę miewam takie sny). Gdy byłem w Oxfordzie, odwiedziłem tamtejszą ogromną, zajmującą trzy sąsiadujące ze sobą budynki księgarnię i doznałem oczopląsu i pomieszania zmysłów z radości. Teraz ma miejsce coś podobnego, choć oczywiście nie na taką skalę. Wracając metrem złapałem się na tym, że w myślach przypominam sobie bezwiednie książki, które dzisiaj oglądałem i to, gdzie która leżała. Chyba jestem lekko autystyczny:).
A zalany promieniami zachodzącego słońca ciąg Krakowskie - Nowy Świat po wyjściu z pracy był cudownie pięknym miejscem. Czułem się (właściwie nadal się czuję) jakby spełniony. Taki spokój i pewność tego, że nie może być źle.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Spacer

Kończy się najprzyjemniejszy w ostatnim tygodniu dzień w Warszawie. Po spotkaniu w Empiku zrobiłem sobie siedmiogodzinny spacer. Cały czas niebem sunęły piękne ciężkie chmury spomiędzy których wychylało się słońce. Piękna pogoda na zdjęcia.
Zachwyca mnie smukły szary blok na Powiślu, który na szczycie ma coś jakby nadbudówkę statku. Gdyby kilka takich bloków stało obok siebie, można by się poczuć jak na pełnym morzu wśród pełnomorskich okrętów. Bardzo ciekawie to wygląda.
Na Moście Poniatowskiego przystawałem do kilkadziesiąt metrów rozglądając się przy tym wnikliwie. Poczułem wtedy coś interesującego, całkiem przy tym spontanicznie. Poczułem, że mi się tu podoba. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie tę myśl i dotarło do mnie, że pozbawiona kontekstu, który nadszedł moment później, była ona czymś czystym i spontanicznym. Podoba mi się w Warszawie! Z Mostu Poniatowskiego miasto prezentuje się okazale, rozległa panorama obejmująca Centrum ze Starym Miastem, budynki przy Trakcie Królewskim, w tym kościoły, oraz wieżowce stanowiące tło dla pierwszego planu, wszystko to nabiera więcej sensu z pewnego oddalenia. Po raz pierwszy naprawdę ucieszyłem się, że tu jestem. W dole mewy obsiadły łachę na rzece a wzdłuż zarośniętego dzikiego brzegu wędkarze rzucali przynęty.
Jest kilka rzeczy w tym mieście, które bardzo mi się podobają. Należy do nich dynamika, której trudno nie zauważyć. Przejawia się to we wszechobecności budowlanych dźwigów, wyrastających licznie w każdej części miasta. Warszawa jest placem budowy i, jak mi się zdaje, jest to dopiero początek wielu lat przeobrażeń. Drugą rzeczą, która przypadła mi do gustu, jest to, że tak wiele jest tutaj parków. Żadna ze znanych mi europejskich nie ma ich tak wiele w centrum, a sporo z nich jest całkiem sporych. Zawsze byłem w stolicy zimą bądź jesienią i dopiero w czasie egzaminów wstępnych w czerwcu zauważyłem, jak zielone może być to miasto. Nie tylko szare.
Minąłem stadion i przeszedłem ładny Park Skaryszewski. Przy Parku odkryłem zachwycające miejsce - Jezioro Kamionkowskie i odchodzące od niego kanały z nisko położonymi nad nimi łąkami. Jeziorko jest zadbane, czyste, a przy jego brzegach pływają grążele. Bardzo zielono i cicho. Po drugiej stronie jeziorka znajdują się nowo wybudowane bloki mieszkalne. Stałem nad wodą, patrzyłem na nie i się rozmarzyłem, jak przyjemnie byłoby mieszkać w takim miejscu, w tak ładnym domu nad wodą i do tego blisko centrum. Szczególnie na poddaszu z balkonem lub tarasem. Mieszały się we mnie sprzeczne uczucia - z jednej strony pociągające marzenie, z drugiej myśl o tym, że dla realizacji takich marzeń ludzie zamęczają się w pracy, po czym stwierdzają, że wiele lat spędzili na zarabianiu na mieszkanie, podczas gdy mogli zrobić tyle innych rzeczy. Wszystko to są moje koślawe wyobrażenia. W gruncie rzeczy decydujemy o sobie w ograniczonym zakresie (jeśli w ogóle) i takie gdybanie i zastanawianie się przed niczym nie musi chronić.
Przeszedłem się wzdłuż ulicy Stanisława Augusta do następnego niewielkiego parku przy Grochowskiej, zrobiłem małą rundę po Grochowie, po czym Mińską dotarłem do Zamoyskiego i zobaczyłem te same bloki, tylko od drugiej strony. Później idąc Targową obejrzałem nareszcie Pragę, której od dawna byłem ciekawy i muszę powiedzieć, że się nie rozczarowałem (być może ludzie częściej mnie rozczarowują niż miasta). Rozbawiły mnie namalowane nad butikami w CH Wileńska szczyty kamienic - jakby centrum handlowe chciało udawać stare uliczki. Remontowanym mostem Śląsko - Dąbrowskim dotarłem na Stare Miasto, znów zachwycając się po drodze panoramą Warszawy.
Pod Kolumną Zygmunta spotkałem się po raz czwarty z Geografem, który wydaje mi się być taką osobą, która ma szanse przetrwać szaloną selekcję, drugą z tych 28. Znów nawiązuje do poprzedniej notki, chyba muszę ją jakoś obszerniej skomentować, gdyż inaczej nie będzie mi dawało spokoju to, że wychodzę na takiego uważającego się za kogoś lepszego gbura. Z Geografem w ciągu następnych dwóch godzin obeszliśmy okolicie Ogrodu Krasińskich (wspaniały pałac! najpiękniejszy moim zdaniem, z tych które do tej pory widziałem w mieście) i Placu Grzybowskiego. Zmarzłem i wróciłem do akademika (mało brakowało a bym napisał "do domu"). Miałem jeszcze pojechać do Tesco, ale już mi się nie bardzo chciało, więc zaraz zjem wczorajszą bułkę z szynką;).

Jest praca, nie ma miłości

Po rajdzie na trasie Wrocław - Warszawa w celu uzyskania papierów na akademik mam jakiś lepszy humor. Może dlatego, że znalezienie pracy nie okazało się specjalnie trudną sprawą. Konkretnie 15% rozdanych cv spotkało się z zainteresowaniem. Sporo. Miałem już dzisiaj iść do pracy w jednym ze sklepów odzieżowych w Arkadii, ale byłem godzinę temu na rozmowie w jednej z księgarni w centrum i zdecydowałem się nie iść do ciuchlandu. Przede mną jeszcze rozmowa w Empiku, ale chyba niewiele już ona zmieni. W tej pierwszej księgarni mam zacząć od jutra. Cieszę się, że tak szybko coś znalazłem i do tego w tak przyjemnym miejscu, szkoda tylko, że mało płacą. Ta pierwsza praca ma być tylko po to, żebym w tym mieście przeżył i z tego powodu nie jest to zbyt ambitne zajęcie. Zamierzam poszukać czegoś lepszego a przede wszystkim związanego z moimi studiami i gdy tylko nadarzy się okazja dotychczasowe zajęcie opuścić. Zastanawiam się też na dawaniem korepetycji. Zorientowałem się, że całkiem dobrze można na tym zarobić, zdecydowanie lepiej niż we Wrocławiu i podobno nietrudno znaleźć uczniów. Brzmi to bardzo dobrze a do tego w jakiś sposób rozwinęło by nieco i moje umiejętności językowe.
Pogoda się popsuła i jest ogólnie dość nieprzyjemnie. Miałem iść do pracy a skończy się na tym, że znów będę coś czytał. Wcześniej tylko zaniosę dokumenty do samorządu i pójdę na tę rozmowę do Empiku. Chciałbym poznać kogoś ciekawego, w końcu mam sporo wolnego czasu, który można by przeznaczyć na tego typu aktywności, jednak nie wiem za bardzo jak to zrobić. Wypełnianie profilu na IS mnie męczy, nie mam zupełnie ochoty po raz kolejny udowadniać, że jestem ciekawy i niebanalny, przechwalać się sobą i dobierać zdjęcia pod kątem ładności. Internetowa droga poznawania ludzi coraz bardziej wydaje mi się bezsensowna. Od czasu do czasu z kimś się tak spotykam, ale z tych spotkań nic konkretnego nie wynika. O ile mój rozmówca jest z reguły mną zainteresowany, to ja nim z reguły nie jestem. Zastanawiam się, co ze mną jest nie tak i dlaczego nikt mi się nie podoba. Zauważyłem, że sam fakt tego, że daną osobę poznaję w ten sposób sprawia, że traci ona w moich oczach. Nie wiem do końca z czego to wynika. Zapewne między innymi z tego, że takie poznawanie się odbieram po prostu jako nienaturalne. To kiepskie wytłumaczenie, ale wiele lepsze nie przychodzą mi do głowy.
Policzmy, ile to osób już w ten sposób "poznałem"... hmm... We wczesnym liceum powiedzmy 10, następny taki etap miałem po pierwszym roku, następne 10, teraz kolejne 3, w międzyczasie jeszcze z 5 osób. Razem... 28 osób +/- 3. Z tego zakolegowałem się bliżej z jednym chłopakiem. Resztę nawet nie bardzo pamiętam. Około 10 z tych osób było zainteresowanych mną dość poważnie i każdej musiałem odmówić. Czy tylko mi wydaje się, że coś tu jest nie tak (ze mną)?
W takim razie wracamy do tego nudnego dylematu - a gdzie poznać chłopaka, mając pewne oczekiwania?
Gdy wczoraj przed moim wyjazdem z Wrocławia rozmawialiśmy z Pawłem, ze śmiechem stwierdziliśmy, że mój chłopak musi spełniać 3 warunki: po pierwsze nie może nosić okularów, po drugie powinien być przeciętnie owłosiony, czyli nie za mało i nie za dużo, i po trzecie powinien mieć poczucie humoru. Oczywiście to tylko takie chichranie się, ale coś jest na rzeczy. Nie będę pisał, że na poważnie to ma być inteligentny, dobry itp. blabla. Co ciekawe, zauważyłem, że osobniki ąę, oczytane z tendencją do bufonady i strzelania tekstami typu "no, na pewno wiesz, kto napisał Auto-da-fe! no powiedz, kto?", działają na mnie szczególnie odstraszająco. Trudno spotkać kogoś, kto byłby zarazem inteligentny, dojrzały emocjonalnie, najnormalniej w świecie dobry i jeszcze do tego posiadał owe poczucie humoru, którego tak brak większości (czyli jednak napisałem...). Oczywiście nie muszę dodawać, że sam taki właśnie jestem;-). O, a żeby jeszcze do tego wszystkiego był spontaniczy i przystojny w tym sensie, żeby mi się podobał - takich ludzi ziemia nie nosi! Prócz Pawła.
Paweł - sraweł, dość o Pawle.
W takim razie, gdzie poznać takiego chłopca, przy którym poczuć się można dobrze i swobodnie? Na portalach - z opisanych doświadczeń wynikałoby, że nie. W klubie takiego rodzaju moja noga najpewniej nigdy więcej nie postanie, do tego jest to chyba ostatnie miejsce, gdzie pojawiają się interesujący mężczyźni. Gdzie indziej? Możecie się śmiać, ale rozważam, czy się nie przyłączyć do jakiegoś komitetu organizującego EuroPride, czy czegoś podobnego. Może to jest jakiś pomysł na spotkanie ciekawych ludzi. Gdyż nie wiem naprawdę, jak sobie kogoś znaleźć.
Zawsze też pozostaje wzdychać czekając na kogoś, kto się pojawi w sposób cudowny całkiem znienacka po to tylko, żeby ten wieczny depresant, którym jestem, mógł go pokochać. Na uczelni, w tramwaju, lub w parku. I przeżyć tak życie, tak sobie wzdychając, coraz bardziej zakopując się w swoich rojeniach.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Problemy

Może jednak czas przestawić się na pierwszą osobę liczby pojedynczej z infantylnej trzeciej.
Stopniowo dociera do mnie, w jak kiepskiej sytuacji jestem. Mnożą się niespodziewane wydatki a potencjalne źródła finansowania życia kurczą się. Dzisiaj dowiedziałem się, że nie przysługują mi stypendia okołosocjalne. Do piątku mam czas na załatwienie wszystkich formalności akademikowych, mam nadzieję, że zdążę. Nowa uczelnia nalicza naukowe w egzotyczny sposób, z którego niewiele na razie rozumiem i obawiam się, że i to może mi nie przysługiwać. Generalnie jest kiepsko. Bardzo kiepsko. Nie wiem za bardzo na czym jeszcze mógłbym oszczędzić. Dobrze, że odezwali się z jednego ze sklepów, w których zostawiłem cv. Spodziewam się nastania czasu pomiędzy wyczerpaniem posiadanych środków finansowych a otrzymaniem pierwszej pensji. Pytanie o to, czym tę dziurę budżetową załatam, pozostaje pytaniem otwartym.
Pogoda jest za to przyjemna i można zwiedzać okolice bliższe i dalsze, trochę się poopalać czy poumawiać na spacery towarzyskie. Dzisiaj wieczorem koncert w parku z kolejną osobą, jeszcze mi nie znaną z widzenia. Czyli tzw. pierwsze spotkanie. Zapowiada się przyjemnie. Szkoda tylko, że w związku z moimi wszystkimi problemami nie jestem tak wesoły i przez to zachęcający do poznania mnie, jak mógłbym być. Właściwie jestem dość markotny, co staram się pokryć gadulstwem. Różnie to wychodzi.
Problemy dnia codziennego pochłaniają mnie na tyle, że tradycyjne zagadnienia teoretyczno-egzystencjalne nie imają się mnie. Czyli zamieniłem jedne, dość abstrakcyjne powody do zmartwień na inne, bardziej realne. Zawsze coś sobie znajdę.

sobota, 8 sierpnia 2009

Jeszcze więcej zapierających dech w piersiach przygód

Już po wstępnym eksperymentalnym rozdawaniu cefałek. Było to doświadczenie traumatyczne, zakończyło się jednak miłym, poprawiającym nastrój wydarzeniem.W celach rozdawniczych Zwij udał się metrem w kierunku północnym w okolice Dworca Gdańskiego, gdzie znajduje się centrum handlowe Arkadia. Podobno największe w Polsce. Zwij bardzo nie lubi takich miejsc, czuje się w nich przytłoczony i permanentnie zmęczony. Atrakcje i podniety "szopingu" są mu całkowicie obce.
Okropny ten moloch zdaje się nie mieć końca, co zdawało się być dobrym prognostykiem jeśli chodzi o tzw. poszukiwanie pracy. Okazało się jednak, że Zwij miał na widok większości sklepów torsje i mdłości, które uniemożliwiały mu przekroczenie wejściowych bramek. Skończyło się na tym, że rozdał ledwie 15 cefałek. Lepsze to niż nic. Tam, gdzie najbardziej pragnął zostawić coś po sobie, czyli w kinie na samej górze, nikt nic od niego wziąć nie chciał, co go jakby zmartwiło. Kino zdawało mu się stosunkowo najmniej frustrującą formą pracy wśród dostępnych możliwości. Ma też na tym polu jakieś doświadczenie. Uciekł z radością ze świątyni mamony kierując się tym razem na południe.
Okolicie Ściany Wschodniej zrobiły na nim smutne wrażenie. Brzydota Warszawy sprawia, że człowiekowi robi się jakoś smętno na duszy i ma ochotę te zniszczone, wymordowane i zabudowane pudełkami miasto przytulić w geście pocieszenia. Pogłaskać Warszawę i zapewnić ją, że już po wszystkim.
Przy Krakowskim Przedmieściu i na Nowym Świecie znalazło się kilka przyjemnych księgarni, gdzie cv Zwija wzbudziło jakieś zainteresowanie. Ze szczególnym entuzjazmem Zwij spotkał się w Empiku, co go bardzo ucieszyło, gdyż praca w księgarni wydaje się być przyjemniejsza niż praca w kinie, choć oczywiście można się mylić w tej kwestii. Pani w Empiku powiedziała, że akurat szukają i pewnie zadzwonią w poniedziałek. I to był ten jakże miły akcent na sam koniec.
Za kilkanaście minut autor wybiera się na Pole Mokotowskie w celu dalszego zapoznawania się miłym chłopcem. Dostanie od niego garnek :-).

Przygody, dylematy

Ewidentnie nie nadążamy w naszej narracji za wydarzeniami, pomińmy w takim razie część zdarzeń jakie miały miejsce pomiędzy refleksją pod tortem a teraźniejszością. Nie przeczytamy więc między innymi pasjonującej historii zakwaterowania w akademiku, opisu wypraw po okolicy i po Centrum, opisu spotkania z pewnym miłym chłopcem, jak i szeregu refleksji głębokich i niejednokrotnie gorzkich.
W tym momencie autor bloga znajduje się w 'swoim pokoju' w akademiku. Za laptopem rozciąga się widok na zadrzewione podwórko, za nimi budynki po przeciwległej stronie ulicy. Autor został brutalnie zbudzony przez ekipę sprzątającą zdziwioną jego obecnością w pokoju. Cztery osoby, dwie panie ze ścierkami i dwóch młodych panów w zakurzonych portkach utworzyło przed nim półokrąg domagający się wyjaśnień tej niespodziewanej obecności. Nauczony solidnie na przedmiocie "teoria i praktyka negocjacji" autor jest w stanie stwierdzić, że zaszły jakiegoś rodzaju błędy w komunikacji pomiędzy poszczególnymi pracownikami akademika, a raczej nie było po prostu owej komunikacji i teraz autor jest zmuszony tę sprawę wyjaśnić z odpowiednim organem. Ale mniejsza z tym.
Bohater skończył uzupełniać cv, zaraz się wykąpie, a później (wszystko w ramach kontynuowania eksperymentu!) próbnie rozniesie pół setki kartek formatu A4 ze swoim uproszczonym życiem. 49 uproszczonych istnień trafi prędzej czy później do kosza na śmieci, ale być może jedno wzbudzi jakieś zainteresowanie. Trzeba mieć nadzieję, czy, jak kto woli, łudzić się. Zwijowi praca jest potrzebna na gwałt. Inaczej będzie zmuszony dać dupy na Centralnym, a tego by jednak nie chciał! (żarcik)
Tak poza tym, Zwij zastanawia się nad przejściem z trzeciej na pierwszą osobę.
Trudna decyzja, wszystko trudne!

czwartek, 6 sierpnia 2009

Marzyciel

Ah, jakże piękne, jak wysmakowane były jego wizje szczęścia! Nie ma nic pięknięjszego niż przesuwanie przed oczyma obrazów miłości, bliskości i zrozumienia, gdy się jest człowiekiem nieszczęśliwym. Gdzie szukać pocieszenia, jeśli nie w marzeniu? Marzenia zawsze świetnie pasowały do jego romantycznego usposobienia, które skłaniało go do pragnień niemożliwych do realizacji, bądź takich, których spełnienie wydawało się rzeczą niemal nieprawdopodobną. Zaprawdę, wyobraźnia Zwija nie miała granic. Właściwie, by być precyzyjniejszym, należałoby dodać, że w pewnym momencie przestała uznawać granice wyznaczane jej przez samego Zwija, wyrwała się spod jego kontroli i go przejęła. To nie on wyobrażał sobie, lecz jego wyobraźnia biegła sama, swoim torem i to na dodatek nieraz w sposób bardzo nachalny, wręcz nieprzyjemny. Była ewdentnie niegrzeczna i narzucała mu się często wtedy, gdy sobie tego zdecydowanie nie życzył. Miał już tego po prawdzie dosyć i pragnął zacząć żyć naprawdę, a nie na niby. Podjął więc zdecydowane kroki i nie zważając na załamania i depresje spiął się w sobie, by w końcu odmienić swój żałosny los. Stał pod tortem radzieckim i zbierało mu się na płacz, gdy tak trzymał w jednej ręce torbę z laptopem a drugą podpierał 30 kilową walizę. Zrobił to. Jest tutaj. To wszystko jest naprawdę, nie na niby. W tym mieście wydarzy się wszystko, tyle dobrych rzeczy przed nim! Wszystkie najlepsze cukierki, jakie oferuje życie, znalazły się jakby przez chwilę w jego rękach. Chmurzyło się, zbierało na deszcz a gdzieś obok Zwija przelewał się obojętny mu tłum ludzi. Tylu ludzi! Tak wiele możliwości.Ponieważ jego obojętność była mu wierną towarzyszką i starała się nie opuszczać go choćby na moment w obawie przed odtrąceniem, zaraz wszystko wróciło do normy i Zwij przypomniał sobie, że jest przeziębiony i że wysunął mu się dysk gdy wrzucał walizkę na górną półkę w przedziale. Chyba pójdzie spać. Wbrew temu, co wyświetla się pod jego notkami, wcale nie jest godzina 13.

Ucieczka

Kiedy Zwij stał pod owym okazałym tortem radzieckim z pobłyskującą na wierzchołku wisieńką, zebrało mu się na płacz. Było to coś nowego w tym wyjeździe i w ogóle w życiu Zwija od dłuższego czasu, gdyż podchodził do tego wszystkiego z zadziwiającym chłodem, tak mocno kontrastującym z wybuchami gorącej umysłowej namiętności, która nawiedzała go za każdym razem, gdy przed jego oczami majaczyła wizja ucieczki. Teraz jednak, gdy ucieczka się zmaterializowała i została wprowadzona w czyn, Zwij poczuł się zaskoczony brakiem jakichkolwiek płaczów, uniesień czy uderzających fal szczęścia. Tak, szczęścia, gdyż ucieczka ta (wyjątkowo adekwatne słowo), była ukoronowaniem jego wieloletnich starań, w czasie których tyle razy wydawało się, że tuż tuż, za rogiem czeka na niego to, co miał zwyczaj nazywać "dobrym życiem", a co w ostatniej chwili nieodmiennie mu uciekało, tak że począł się do tego przyzwyczajać, do tej nieustannie oddalającej się marchewki. Rezygnacja, która stopniowo go opanowywała okazała się trudnym do eliminacji przeciwnikiem a jej cień położył się na jego uczuciach, pragnieniach i oczekiwaniach. Był przekonany, że moment ten będzie wyjątkowo radosny i poczuł się rozczarowany swoją obojętnością. Pod pałacem na moment się to zmieniło.

Pierwsze kroki

Zwij mógłby określić swój nowozałożony blog mianem eksperymentalnego. Blog ów zasługuje na to określenie z szeregu powodów. Przede wszystkim dziennik niniejszy ma być zapisem eksperymentu mającego znaleźć odpowiedź na pytanie, czy można rozpocząć tak zwane "nowe życie" w obcym mieście posiadając 800 złotych polskich, jedną sporą walizkę pełną ubrań i jedną mniejszą, zawierającą przyrząd służący do pisania bloga, zwany laptopem. Obce miasto, do którego zawitał Zwij to Warszawa. Kiedy Zwij wyszedł ze swoją 30 kilową walizą z podziemnego przejścia na wprost pod PKiNem i ujrzał ów tort radziecki o pobłyskującym czerwonym czubku, poczuł się jak jeden z tych tysięcy biednych chłopców, którzy od wieków wyruszają ze swej zapyziałej miejscowości, by odnaleźć się w wielkim mieście. Tylko, że bohater nasz nie pochodzi wcale z małej miejscowości, ani tym bardziej stolica naszego przepięknego kraju nie jest taka znów porażająca ogromem. Zdarzało mu się być w większych miastach. Właściwie czuje, jakby zamienił swoje tolerancyjne, otwarte na świat miasto położone blisko granic dwóch naszych sąsiadów, na nieco zapyziałego, szarego molocha gdzieś na kresach. Sam tego chciał, więc niech teraz nie narzeka!
Ciekawe, co go czeka.